* * *
W 1985 roku nie tracił nadziei na finały Mundialu. Słynna NASL właśnie upadła. Przez lata North American Soccer League, czyli właśnie NASL, pobudzała wyobraźnię na całym globie przez stawki, jakie płaciła i nazwiska, które zatrudniała. Pele, Giorgio Chinaglia, Franz Beckenbauer, Johan Cruyff, Gerd Mueller... Jednak po boomie lat siedemdziesiątych, przyszła mizeria lat osiemdziesiątych. We znaki dało się przeinwestowanie. Ostatni tytuł przyznany został w 1984 roku. Terlecki - mając ważny kontrakt z Cosmosem - zaczął ponownie grać dla Pittsburgha – w hali...
– Aby pojechać na mistrzostwa świata w 1986 roku, wybrałem się do Queretaro w Meksyku – wspomina Terlecki – Polska przegrała tam wysoko na otwarcie stadionu. Bodaj 0:5... Nic dziwnego, że trener Piechniczek zaczął wspominać, że jednak przydałby mu się taki skrzydłowy, jak ja...
– Co Ty opowiadasz! Przecież nie było szans, abyś z halowego futbolu pojechał na Mundial!
– Była taka szansa...
– Chyba w Twoich myślach!
– Władek Żmuda mówił mi coś innego...
– Tyle, że Władek Żmuda wrócił do Europy, aby znaleźć się w reprezentacji Polski. Po pobycie w Cosmosie zagrał jeszcze we włoskiej Cremonie...
– Ja wiem swoje, bo to ja telepałem się po górskich drogach Meksyku, aby – na prawie dwóch tysiącach metrów nad poziomem morza - spotkać się twarzą w twarz z Antonim Piechniczkiem. Namówić go na mój powrót do drużyny narodowej.
– Jednak trener Piechniczek musiałby Cię zobaczyć w poważnym futbolu, a nie w halowym cyrku...
– Ja wiem swoje! I wiem, że pokonałem 600 kilometrów serpentynami, aby znaleźć się w Queretaro.
– Tyle, że wcześniej skręciłeś w niewłaściwą drogę...
– Kiedy?
– Po Okęciu...
– Aha...
Po Okęciu i nie tylko. Gdy Polacy w 1985 roku bili się o Mundial w Meksyku, to Terlecki latał po świecie i szukał klubu. Pojawił się w Rapidzie Wiedeń, testował go Bayern Monachium, zastanawiał się nad jego kandydaturą HSV. Poleciał do Rio de Janeiro, bo miał ofertę z Fluminense, a nawet rozważał grę w Urugwaju - dla Penarolu Montevideo. Ostatecznie zdecydował się na... VfB Stuttgart, dokąd ciągnął Polaka trener Otto Barcić. Gdy Terlecki chciał podbijać Bundesligę, to okazało się, że Barcić już załatwił innych piłkarzy... Terlecki - w książce „Pele, Boniek i ja” - przyznaje: „Do listopada nie podpisałem żadnego kontraktu, licząc na cud, który mógłby mnie przybliżyć do upragnionych finałów mistrzostw świata. Córka Anna Maria urodziła się 3 lutego 1986 roku w Stanach Zjednoczonych. Muszę przyznać, że w tym czasie trochę się zapuściłem i zrozumiałem, że meksykański Mundial uciekł mi bezpowrotnie”.
Gwiazda z numerem 13 - jak mówili komentatorzy za Oceanem - "Stan Terleki" z Pittsburgh Spirit.
Wiosną 1986 roku, gdy najlepsi Polacy szykowali się do wyjazdu na turniej, Terlecki grał w Pittsburghu i to z kontuzją, bo darł się na niego – i na lekarzy – trener Don Popović... We wrześniu 1986 – już po tym, jak Diego Maradona wzniósł Puchar Świata, a Polska wcześniej poległa z Brazylią w Guadalajarze – wrócił do Polski. W książce pisze, że bezpośrednim powodem była ciężka choroba teścia. Teraz na Karolewskiej w Łodzi wyznał: - Tak po prawdzie, marzyła mi się reprezentacja Polski...
– Miałeś już trzydzieści lat na karku...
– I co z tego? Uznałem, że warto wrócić tylko dla tych kilku więcej meczów z Białym Orłem na piersi...
– Do reprezentacji już jednak nie wróciłeś...
– Do ŁKS-u i Legii jednak trafiłem. Znowu kibice zaczęli chodzić „na Terleckiego”. Najpierw w Łodzi, a później w Warszawie...
– Chodzisz teraz na ŁKS?
– Chodziłbym, ale nie mam wejściówki. Byłem pod stadionem...
– Daleko nie masz – z 500, może 700 metrów...
– No to poszedłem, ale... porządkowi mnie nie chcieli wpuścić. Na mój ukochany ŁKS... A chciałem zobaczyć, jak grają, choćby i w trzeciej, czy teraz już w drugiej lidze...
* * *
– Oglądałeś mecze Polaków w eliminacjach Mundialu 2018? - pytam – Widziałeś popisy Piszczka, szarże Grosickiego, gole Lewandowskiego?
Nie odpowiada. Jakby się zawiesił, choć uwielbia gadać. Jakby zapomniał języka w gębie... To niepodobne do Staszka Terleckiego...
– Nie, nie oglądał, bo nie miał jak – mówi wreszcie Gabrysia.
– Telewizora nie włączaliście? - pytam partnerkę Terleckiego, patrząc na ekran starego odbiornika.
– Panie Romanie, nie było prądu...
– ?!?
– Przez pięć miesięcy nie mieliśmy prądu...
– Nie było prądu przez pięć miesięcy?
– Tak, przez pięć miesięcy. Gazu nie mamy do dziś. Nie można włączyć, bo nie ma jakiegoś odpowietrzenia. A prądu nie było, bo poprzednia właścicielka mieszkania nie płaciła za energię elektryczną. Mimo że wiosną wprowadziliśmy się, to odcięli prąd. I tak przez pięć miesięcy żyliśmy bez elektryczności. Wie pan, rozkład tego mieszkania znam na pamięć. Wiem, w którym momencie kopnąć drzwi po ciemku, aby się otworzyły - czy do łazienki, czy do ubikacji. Jaki tam jest układ pomieszczenia, gdzie jest spłuczka, a gdzie umywalka... Kuchnię też mam opanowaną perfekcyjnie – poradzę sobie, choćby panowały egipskie ciemności. Tyle, że nie było po co za często tam wchodzić. Przecież nawet wody na herbatę nie mogliśmy sobie zagotować...
Chwila milczenia.
– Wiesz, nie chcę, żeby to wszystko zabrzmiało jak jedna wielka skarga – mówi Staszek.
– Nie chcę słuchać skarg, ale... poznać prawdę...
– Już nigdy na nic nie chcę się skarżyć. Natomiast prawda jest taka, jak mówi Gabrysia... Mecze... Skłamałbym, że nie oglądałem żadnego. Na spotkanie Polska – Czarnogóra zaprosił mnie sąsiad, to obejrzałem. A tak wieczory spędzaliśmy przy świecach.
– Teraz ciemno robi się już po 16, ale z miesiąc temu po 17, jeszcze wcześniej o 18...
– Mamy świeczki, dużo świeczek. Wiesz, nawet fajnie jest usiąść przy świeczkach. W blasku płomienia można porozmawiać o życiu. Często rozmawialiśmy do północy, do pierwszej w nocy... I tak szybko mijał czas...
– Staszek opowiadał mi o swoich meczach – dopowiada Gabrysia.
– O meczach?!? Co Ty opowiadasz! - Staszek oburzony.
– No przyznaj się, że o meczach też opowiadałeś – Gabrysia.
– Wyjdzie na to, że tylko piłka nożna mi w głowie – Staszek już z lekkim uśmiechem na twarzy.
– Chociaż przyznaj, że trochę mi o tych meczach opowiadałeś... O podróżach też, o świecie, o ludziach...
* * *
Od dwóch i pół roku Terlecki ma umowę z Miejskim Ośrodkiem Sportu i Rekreacji w Łodzi. Odnawianą co pół roku. Obecna kończy się z końcem grudnia... W ramach tej umowy z MOSiR-em, prowadzi zajęcia na Orlikach. Ostatnio na boisku przy ulicy Małachowskiego w Łodzi – przy Parku 3 Maja. Trzy razy w tygodniu. Gabrysia śmieje się: - Ma tak zniszczone kolana, że nie jest w stanie biegać. Staje w bramce.
– Co Ty znowu opowiadasz?! - przekomarza się Stanisław...
– Mogę dodać, że na tej bramce to i ja mogłabym stanąć. I to w szpilkach. Pewnie bym więcej wybroniła...
– W sierpniu zachciało mi się jednak zagrać. Czułem moc. Kiwałem, jak za dawnych lat. Założyłem taką szkółkę – nazwałem ją „Technikum Piłkarskie”. Bo wiesz, że w piłce najważniejsza jest technika – od niej wszystko się zaczyna. Umiejętności indywidualne decydują, więc trzeba je szlifować. Miałem to „Technikum Piłkarskie” prowadzić wspólnie z Marianem Galantem i Markiem Chojnackim. Coś im jednak wypadło... Przyszło dużo chłopaków. Był upał. Przeforsowałem się.
– Stan przedzawałowy – mówi Gabrysia...
– Wylądowałem w szpitalu – przyznaje Terlecki.
– A mnie wypędzili z mieszkania na Karolewskiej – dodaje prawie jednocześnie Gabrysia.
– Jak to usłyszałem, to podniosłem się z łóżka – mówi pobudzony Terlecki - Wyszedłem na jednodniową przepustkę i udałem się prosto do prezydent miasta, Hanny Zdanowicz...
– Dostałeś się? – pytam.
– Tak, znam panią prezydent jeszcze z czasów mojego zaangażowania w politykę. Z Łodzi kandydowałem kiedyś z listy Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Pomogła. Do szpitala spokojnie mogłem się położyć z powrotem...
– Z sercem nie ma żartów – mówi Gabrysia – Na szczęście z sercem już lepiej, ale... Kolana to jest problem. Mówię Staszkowi, żeby poddał się operacji.
– To bez sensu – mówi Stan.
– A ma sens litr octu, jaki wcieram, gdy masz problem? - odpowiada Gabrysia.
– Nie masz wyjścia...
– Ten litr octu to naprawdę pomaga, jak coś wyskoczy. Wcieram od stawu skokowego aż do kolana. Stary babciny sposób. I naprawdę pomaga.
– Bania schodzi. Zanim jednak zejdzie, nie mogę chodzić do pracy...
– Mają pretensje? - wtrącam się.
– Naprawdę nie mogłem parę razy pójść...
– Boisz się o nową umowę...
– Niczego się nie boję, ale... wolałbym ją mieć, niż nie mieć...
Mija chwila.
– A wie pan, że Staszek ma wielkie marzenie – słyszę z ust Gabrysi.
– Nie mów, proszę – słyszę od Terleckiego.
– Teraz to już razem musicie powiedzieć...
– Marzy mi się wyjazd do Stanów Zjednoczonych – wyznaje Staszek - Tam mam przyjaciela, choruje na stwardnienie rozsiane. Gabrysia by się nim zajęła. To pielęgniarka z krwi i z kości. Była na misji w Iraku. A ja – może spotkałbym przychylnych ludzi, bo wydaje mi się, że tam jest ich więcej...
– Masz amerykańską wizę?
– Chyba mam... Chociaż... Nie wiem, muszę sprawdzić...
– Kiedy ostatni raz byłeś w Stanach?
– W 2008 roku – z Maćkiem, pojechaliśmy po latach. Myślałem, że znajdziemy klub dla niego... Nic z tego... Trochę te Stany mnie wtedy zdziwiły. Kiedyś lataliśmy samolotami, jakbyśmy jeździli taksówkami. A teraz kontrole, buty trzeba ściągać, wszystko wyjmować...
– To naprawdę nie są te same Stany, co wtedy - wtrąca się Janusz Marciniak, który wyjechał z Polski do USA w 1979 roku. Mieszkał w Buffalo, później San Diego, a od 1986 roku w Nowym Jorku. - Wtedy to były „złote lata”...
– We wszystkim to były „złote lata” – dodaje Terlecki – Najlepsze filmy, muzyka, biznes. Ludzie na co dzień ze sobą żyli. Nie ma jak 40 prezydentura w historii USA – prezydentura Ronalda Reagana! Mówili, że to kukiełka republikanów, a tymczasem życie za jego kadencji kwitło w najlepsze... Stany się zmieniły, ale mam marzenie, aby jeszcze raz się tam znaleźć...
* * *
- Jak spędzicie Wigilię? - pytam na koniec.
Widzę, że patrzą po sobie...
– Będzie barszcz z uszkami – mówi Gabrysia - Będziemy razem, to najważniejsze...
– Zmówię różaniec – zapowiada Stanisław – Wiesz, dzięki różańcowi odrywamy się od problemów tego świata. Człowiek zapomina o tym, co ziemskie i wchodzi w relacje z Panem Bogiem. Wiesz, co dla mnie jest tajemnicą wiary? Człowiek zawsze ma czas, aby zmienić swoje życie i cieszyć się z drobnych rzeczy... Na nasze szczęście, to nam pozostało...