Janusz Pindera: Zderzenie z historią

Dla Marcina Rekowskiego, trzykrotnego mistrza Polski amatorów w wadze super ciężkiej Oliver McCall, były zawodowy czempion królewskiej kategorii, to Pan Oliver. I nie tylko dlatego, że ma już prawie 49 lat.
Rekowski, którego na zawodowych ringach oglądamy od niedawna, ma na koncie 12 wygranych walk, z których 10 rozstrzygnął przed czasem. W ubiegłym roku do ringu wychodził sześciokrotnie, wygrywając między innymi z byłym pretendentem do tytułu mistrzowskiego Anglikiem Dannym Williamsem oraz z synem Olivera McCalla, Elijahem, którego okrutnie pokiereszował w Legionowie.
Od tego czasu upłynęło osiem miesięcy i teraz zmierzy się w Opolu z ojcem, „Atomowym Bykiem”, który nigdy nie leżał na deskach. Ani w amatorskich czasach, ani podczas kilkuletnich sparingów z „Bestią” Tysonem, ani podczas trwającej od 1985 roku kariery zawodowej. W Legionowie McCall obiecywał, że pomści klęskę syna, zobaczymy czy dotrzyma słowa.
Przemek Saleta, który doskonale zna McCalla twierdzi, że Rekowski wygra wyraźnie na punkty. I przyznam, że trochę dziwię się Salecie, bo zarówno osobiste doświadczenia (przegrał z „Atomowym Bykiem” przed czasem w Chicago w 2005 roku), jak też obserwacja Amerykanina , gdy walczył z Krzysztofem Zimnochem w Legionowie nakazywałaby jednak ostrożność. Oliver McCall nie jest bowiem najlepszym przykładem pięściarza, któremu wiek odbiera wszystkie atuty. On jest jak wino, chwilami odnoszę wrażenie, że jest im starszy, tym lepszy.
Tak oczywiście nie jest, ale fizycznie wygląda lepiej niż dziewięć lat temu, gdy po raz pierwszy walczył w Kubańczykiem Juanem Carlosem Gomezem. Mieszkałem wówczas w Duesseldorfie w tym samym hotelu co McCall i przypatrywałem mu się uważnie z bliska. Pamiętałem go doskonale z jego wielkich walk, kilka z nich komentowałem, między innymi te z Lennoksem Lewisem, i przyznam szczerze patrząc wtedy na Olivera nie mogłem uwierzyć, że to ten sam „Atomowy Byk”, który tak mocno postraszył kiedyś wagę ciężką. Wtedy wyglądał marnie, choć w ringu prezentował się solidnie, ale dziś naprawdę wygląda znacznie lepiej.
On nigdy swojego boksu nie opierał na genialnym refleksie i szybkości, tak jak Muhammad Ali. Raczej na sile i tytanowej szczęce wspartej znakomitą obroną. Miał przy tym świetny lewy prosty i bardzo mocny prawy, którym znokautował w pierwszej walce Lewisa, zniszczył Olega Maskajewa i pokarał niejednego czołowego ciężkiego tamtych czasów. Z 56 walk 37 wygrał przed czasem, ma na rozkładzie sześciu mistrzów świata, z których pięciu znokautował. A jego nikt nie znokautował, choć raz przegrał przed czasem, bo się popłakał i nie chciał dalej walczyć. To był pamiętny rewanż z Lewisem, który przyszło mi komentować. Proszę mi wierzyć, nie wiedziałem co mówić.
Ale McCall nie jest wyjątkiem. George Foreman był od niego niewiele młodszy, gdy znokautował w 1994 roku w Las Vegas Michaela Moorera i odebrał mu mistrzowskie pasy w wadze ciężkiej. Evander Holyfield miał 46 lat, gdy walczył z Nikołajem Wałujewem o pas WBA i był od niego lepszy, ale sędziowie nie chcieli tego widzieć. A gdyby nie polityka 43-letni Witalij Kliczko dalej byłby mistrzem WBC. Takich przykładów w wadze ciężkiej jest więcej.
W 1995 roku, 30-letni wtedy McCall stoczył wyrównany pojedynek z Larry Holmesem, który miał wtedy 45 lat. Warto przypomnieć punktację: 115:112, 115:114, 114:113. Holmes nie miał już nóg, ale wciąż miał lewy prosty, jeden z najlepszych w historii tej dyscypliny.
Dlatego jestem ostrożny oceniając szanse Rekowskiego. Ale oczywiście zgadzam się z Przemkiem Saletą, że to Marcin będzie faworytem. Jest kilkanaście lat młodszy, szybszy, silniejszy, ale … No właśnie. Pan Oliver jest od niego o wiele bardziej doświadczony i będzie starał się, to wykorzystać.
Tak jak zrobił to siedem lat temu. Pojechał wtedy do Ankary i pokonał jednogłośnie na punkty w 12-rundowym pojedynku Turka Sinana Samil Sama, kiedyś mistrza świata amatorów, pięściarza, który przed laty wygrał przed czasem z Saletą i odebrał mu pas zawodowego mistrza Europy.
Chociażby dlatego Pana Olivera nie można lekceważyć, nawet jeśli wiele argumentów jest po stronie jego przeciwnika. W Opolu Rekowski będzie walczył z McCallem na dystansie ośmiu rund i to też będzie argument za Polakiem.
Od tego czasu upłynęło osiem miesięcy i teraz zmierzy się w Opolu z ojcem, „Atomowym Bykiem”, który nigdy nie leżał na deskach. Ani w amatorskich czasach, ani podczas kilkuletnich sparingów z „Bestią” Tysonem, ani podczas trwającej od 1985 roku kariery zawodowej. W Legionowie McCall obiecywał, że pomści klęskę syna, zobaczymy czy dotrzyma słowa.
Przemek Saleta, który doskonale zna McCalla twierdzi, że Rekowski wygra wyraźnie na punkty. I przyznam, że trochę dziwię się Salecie, bo zarówno osobiste doświadczenia (przegrał z „Atomowym Bykiem” przed czasem w Chicago w 2005 roku), jak też obserwacja Amerykanina , gdy walczył z Krzysztofem Zimnochem w Legionowie nakazywałaby jednak ostrożność. Oliver McCall nie jest bowiem najlepszym przykładem pięściarza, któremu wiek odbiera wszystkie atuty. On jest jak wino, chwilami odnoszę wrażenie, że jest im starszy, tym lepszy.
Tak oczywiście nie jest, ale fizycznie wygląda lepiej niż dziewięć lat temu, gdy po raz pierwszy walczył w Kubańczykiem Juanem Carlosem Gomezem. Mieszkałem wówczas w Duesseldorfie w tym samym hotelu co McCall i przypatrywałem mu się uważnie z bliska. Pamiętałem go doskonale z jego wielkich walk, kilka z nich komentowałem, między innymi te z Lennoksem Lewisem, i przyznam szczerze patrząc wtedy na Olivera nie mogłem uwierzyć, że to ten sam „Atomowy Byk”, który tak mocno postraszył kiedyś wagę ciężką. Wtedy wyglądał marnie, choć w ringu prezentował się solidnie, ale dziś naprawdę wygląda znacznie lepiej.
On nigdy swojego boksu nie opierał na genialnym refleksie i szybkości, tak jak Muhammad Ali. Raczej na sile i tytanowej szczęce wspartej znakomitą obroną. Miał przy tym świetny lewy prosty i bardzo mocny prawy, którym znokautował w pierwszej walce Lewisa, zniszczył Olega Maskajewa i pokarał niejednego czołowego ciężkiego tamtych czasów. Z 56 walk 37 wygrał przed czasem, ma na rozkładzie sześciu mistrzów świata, z których pięciu znokautował. A jego nikt nie znokautował, choć raz przegrał przed czasem, bo się popłakał i nie chciał dalej walczyć. To był pamiętny rewanż z Lewisem, który przyszło mi komentować. Proszę mi wierzyć, nie wiedziałem co mówić.
Ale McCall nie jest wyjątkiem. George Foreman był od niego niewiele młodszy, gdy znokautował w 1994 roku w Las Vegas Michaela Moorera i odebrał mu mistrzowskie pasy w wadze ciężkiej. Evander Holyfield miał 46 lat, gdy walczył z Nikołajem Wałujewem o pas WBA i był od niego lepszy, ale sędziowie nie chcieli tego widzieć. A gdyby nie polityka 43-letni Witalij Kliczko dalej byłby mistrzem WBC. Takich przykładów w wadze ciężkiej jest więcej.
W 1995 roku, 30-letni wtedy McCall stoczył wyrównany pojedynek z Larry Holmesem, który miał wtedy 45 lat. Warto przypomnieć punktację: 115:112, 115:114, 114:113. Holmes nie miał już nóg, ale wciąż miał lewy prosty, jeden z najlepszych w historii tej dyscypliny.
Dlatego jestem ostrożny oceniając szanse Rekowskiego. Ale oczywiście zgadzam się z Przemkiem Saletą, że to Marcin będzie faworytem. Jest kilkanaście lat młodszy, szybszy, silniejszy, ale … No właśnie. Pan Oliver jest od niego o wiele bardziej doświadczony i będzie starał się, to wykorzystać.
Tak jak zrobił to siedem lat temu. Pojechał wtedy do Ankary i pokonał jednogłośnie na punkty w 12-rundowym pojedynku Turka Sinana Samil Sama, kiedyś mistrza świata amatorów, pięściarza, który przed laty wygrał przed czasem z Saletą i odebrał mu pas zawodowego mistrza Europy.
Chociażby dlatego Pana Olivera nie można lekceważyć, nawet jeśli wiele argumentów jest po stronie jego przeciwnika. W Opolu Rekowski będzie walczył z McCallem na dystansie ośmiu rund i to też będzie argument za Polakiem.
Komentarze