20 lat Polsatu Sport - Paulina Chylewska: Kamień z serca

Zadaniowość. To jedno z haseł, które charakteryzuje moje podejście do pracy. Zresztą chyba nie tylko do pracy, bo w życiu też wolę mieć „zadania do wykonania” niż „problemy do rozwiązania”. Dlatego, gdy trzy lata temu dołączałam do zespołu Polsatu Sport, byłam wdzięczna losowi, że dyrektor Marian Kmita właśnie w realizowaniu konkretnych zadań widział moje miejsce w redakcji.
Jednym z nich była… piłka nożna. Piłka nożna czytaj: mecze reprezentacji, Liga Mistrzów, Liga Europy. „Czemu nie?” – pomyślałam gotowa na nowe wyzwania. Nie spodziewałam się tylko, że pierwszy poważny sprawdzian przyjedzie tak szybko. Pracę na Ostrobramskiej oficjalnie zaczęłam dokładnie 17 lipca, a już na początku miesiąca przyszło zadanie – wyjazdowe studio do meczu reprezentacji Polski z Danią. Kopenhaga? Świetnie, nigdy tam nie byłam. Poza tym kadra Adama Nawałki w eliminacjach mundialu 2018 wygrywała właściwie każde spotkanie, więc… czysta przyjemność.
Kopenhaga przywitała nas piękną pogodą, tysiącami rowerów na ulicach i uśmiechniętymi twarzami ludzi. Nic nie zwiastowało wiszącej w powietrzu katastrofy. Nawet słynne duńskie hot-dogi (moim zdaniem nie tak nieziemsko pyszne, jak mówią) dodawały kolorytu całej wyprawie.
Schody zaczęły się, gdy przyjechałam na stadion dzień przed meczem. Kobieta w dziennikarskim tłumie nie jest najpopularniejszym zjawiskiem świata (niestety ciągle jeszcze…), ale do tego zdążyłam się przyzwyczaić. Jednak docinki Janusza Basałaja czy nawet prezesa Zbigniewa Bońka o pechu, którego mogę przynieść reprezentacji – choć wypowiadane w formie żartu – bawiły mnie tylko trochę. Zwłaszcza, że podpierali się, słynną już, skłonnością do przesądów trenera Nawałki. Cóż z tego… po pierwsze nie wierzę w przesądy, a po drugie moja feministyczna dusza w takich momentach zaczyna się mocno buntować. Postanowiłam więc sobie, że nikt i nic nie jest w stanie popsuć mi przyjemności pracy na stadionie.
ZOBACZ TAKŻE: 20 lat Polsatu Sport - Dostać kolejne "powołanie"
Obejrzałam trening, zrobiłam notatki, wysłuchałam wypowiedzi trenerów na konferencji prasowej i uzbrojona w wiedzę, notatki oraz mocną kawę w hotelowym pokoju kończyłam przygotowania do przedmeczowego studia.
1 września od 2017 roku kojarzy mi się nie tylko z rozpoczęciem roku szkolnego, czy wybuchem II wojny światowej, ale także z TYM meczem. Do spotkania z Danią reprezentacja Polski przystępowała jako piąta drużyna w rankingu FIFA. Na koncie nie miała ani jednej porażki w eliminacjach mundialu. W usytuowanym na loży stadionu Parken studiu znakomici goście: Dariusz Dziekanowski, Arkadiusz Onyszko - znający Kopenhagę jak własną kieszeń i jedyny, niezastąpiony Włodzimierz Lubański. Co się mogło nie udać? Co mogło pójść nie tak?
Zaczęło się znakomicie. Przedmeczowe studio poszło gładko, bez perturbacji czy problemów. Prognozy, analizy, przypuszczenia – wszystko tylko wzmacniało moje przekonanie, że to będzie po prostu świetny wieczór.
Co było później? Nie muszę chyba przypominać. Już pierwsze minuty meczu (świetna interwencja Łukasza Fabiańskiego) napawały niepokojem. Do przerwy przegrywaliśmy 0:2 i – dziś to już wiemy na pewno – było to najgorsze 45 minut w tych eliminacjach. Potem nie było dużo lepiej. Pierwszy celny strzał na bramkę rywali Polacy oddali w 79 minucie. Ostatecznie przegraliśmy 0:4! Katastrofa! Blamaż! Tylko takie komentarze cisnęły się na usta.
ZOBACZ TAKŻE: 20 lat Polsatu Sport - Wyjątkowe dwie godziny
W studiu nastroje minorowe. W szatni chyba podobnie, bo jedynymi piłkarzami, którzy w ogóle zdecydowali się na rozmowę z dziennikarzami byli Kamil Glik i – z kapitańskiego obowiązku – Robert Lewandowski.
A w mojej głowie ta jedna myśl: „Czy stanę się kozłem ofiarnym? Czy porażka reprezentacji Polski spada na moje barki?”. Kompletnie irracjonalnie, przez chwilę, miałam takie poczucie. Ale ponieważ mocno stąpam po ziemi i zaliczam się raczej do ultraracjonalnych osobników – uznałam, że nikt o zdrowych zmysłach nawet tak nie pomyśli…
Jak bardzo się myliłam, miałam się przekonać już za trzy dni. 4 września na PGE Narodowym reprezentacja grała kolejne spotkanie eliminacji, tym razem z Kazachstanem. Nieświadoma niczego, w poniedziałkowe popołudnie, zameldowałam się w studiu na stadionie, gotowa do pracy. Okazało się, że głównym tematem rozmów gości w sąsiadujących lożach było „Kto poprowadzi studiu w Polsacie i czy baba znów nie przyniesie pecha”… Woda na mój młyn. Złość. Wściekłość. Bezsilność. Ambicja. Przygotowanie. Wola walki. To mieszanka wybuchowa, którą w trzy sekundy się stałam. Drżyjcie Narody!
ZOBACZ TAKŻE: 20 lat Polsatu Sport: Sportowe Ministerstwo Spraw Zagranicznych
W przedmeczowym studiu nie omieszkałam odnieść się do krążących plotek, podkreślając dobitnie, by każdy solidnie zajmował się swoją pracą, to szukanie „odpowiedzialnych za porażkę” nie będzie konieczne.
Tym razem wszystko – także gra piłkarzy – poszło jak z płatka. Po golach Milika, Glika i Lewandowskiego pokonaliśmy Kazachstan 3:0.
Po meczu jednak można było w Warszawie usłyszeć wielki huk – to był spadający z mojego serca wielki kamień. Czyli to jednak nie moja wina!!!
Tak, tak… ta racjonalna, niewierząca w przesądy, doświadczona wyga – naprawdę się tym przejmowała! Bo zadanie do wykonania - to jedno, a emocje temu towarzyszące - to drugie. I jeśli kiedyś tej frajdy, radochy, smutku czy zwątpienia zabraknie, to będzie oznaczało, że przyszedł czas na zmianę zawodu.
Przejdź na Polsatsport.pl